niedziela, 23 lipca 2017

Nauka pływania

Poznaj swojego wroga!


   Jeśli korporacja, w której pracujesz to ocean, a ty zajmujesz najniższe piętra kariery, to jesteś odpowiednikiem planktonu. Musisz obawiać się każdej ryby, kraba, czy innego morskiego stworzenia, nawet płotka stanowi zagrożenie. Warto zrozumieć z kim ma się do czynienia egzystując na dnie korpozbiornika. W dzisiejszym, premierowym odcinku “Poznaj swojego wroga!” przyjrzymy się płotkom właśnie, które częściej nazywamy Team Managerami.
   Podzielić te biedne ryby możemy wg. wielu różnych cech. Tuszy, wzrostu, koloru, nas interesuje jednak głębia myśli owych stworzeń, skoncentrujemy się więc na obserwowalnych zachowaniach i spróbujemy odkryć przyczynę tychże podrygów.

Pracuś - Chudy, wysoki, przygarbiony. Niskie umiejętności interpersonalne, często uchodzi za dziwaka. Nie wiadomo kiedy się odezwie, do kogo zwróci, ani jakie ma motywy. Introwertyk. Pozostawiony we względnym spokoju zasuwa aż miło. Ceniona płotka przez potężniejsze morskie potwory, dostarcza wiele excellowej, żmudnej roboty, tworzy statystyki, zostaje po godzinach. Trudny we współpracy z planktonem, jednak ta ryba jest prawdziwym tytanem pracy!

Rasta - Płotka marzenie dla planktonu. Przytuli, pożartuje, opowie o nocnej eskapadzie, niczego nie wymaga od pracownika najniższego szczebla. Często sam wywodzi się z uciśnionego ludu, cudem unika zwolnienia, wędrując jeden stopień w górę kariery. Dużo pije, imprezuje, olewa obowiązki, ale za to potrafi wstawić się u przełożonych. Taka płotka żyje wyjątkowo krótko i choć pozostawia miłe wspomnienia, szybko jest zmuszana do poszukiwania nowego oceanu.

Pan aktywny - Wszędzie go pełno, na dobre i na złe. Zawsze sypie pomysłami, na każdym spotkaniu, podsumowaniu, zadaje dodatkowe pytania i dostarcza liczne solucje. Proponuje rozwiązania ułatwiające jego zdaniem pracę planktonowi, dłubie przy grafiku, wtrąca się w sposób wykonywania zadań, narzuca własne procedury. Odbiór takiej płotki przez przełożonych jest bardzo różny i zależny od rodzaju grubej ryby w danym segmencie oceanu.

Płotka uniwersalna - Ideał. Na spotkaniach z morskimi bestiami zachowuje spokój, opowiada, gdy jest to konieczne, milczy w strategicznych momentach i dostarcza efekty swojej pracy na czas. Nie wychyla się, jednocześnie dobrze wykonuje powierzone mu obowiązki. Drugi profil swej twarzy ukazuje podwładnym. Jest jak starszy brat, czy sprawiedliwy ojciec. Wykazuje empatię, jednocześnie stawia realne wymagania i poprzez sympatię, którą wzbudza, uzyskuje bardzo dobre wyniki planktonu. Lubiany przez korpoludków oddolnych, szanowany przez morskie potwory. Szkoda, że ten rodzaj płotki bardzo rzadko wypływa na szerokie wody.

niedziela, 2 lipca 2017

Scenki rodzajowe

A może by tak… schodami?


  Dzięki uprzejmości oraz bogatej wyobraźni M.Bąk, autora felietonu “Czy jadąc windą w krawacie mniej awanturujemy się?” zamieszczonego dwa numery temu w Korpo Voice, moja sporadyczna przejażdżka korpo - windą już nigdy nie będzie taka sama. Zanim wsiądę zapytam, który dźwig pasażerski jest odpowiedni dla mnie, dobiorę adekwatny strój, dostosuję nastrój, uszanuję innych. Dobra lektura ma za zadanie skłonić do przemyśleń, a tych po przeczytaniu wspomnianego felietonu mam całkiem sporo. Te wyjątkowo wyrywne aż podskakują, chcąc wydostać się na wolność.
  Bardzo rzadko jeżdżę windą, pamiętając o wielogodzinnym dniu pracy, który mnie czeka, wykorzystuję ostatnie chwile przed przykuciem do biurka na symboliczną gimnastykę, jaką bez wątpienia jest pokonywanie schodów. Wybierając właśnie ten sposób dotarcia na odpowiednie piętro wcale nie rezygnuję z różnorodności. Spotkania mogą być równie interesujące jak w przypadku poruszania się elewatorem. Sprzątaczka, która akurat myje podłogi, pracownik biegnący na papierosa, szczęśliwiec, który zakończył robotę na dziś, uśmiechający się perfidnie na twój widok. Miłośnik zdrowia przeskakujący po dwa stopnie, spóźniony korpoludek wspinający się jeszcze szybciej. Robotnicy wnoszący elementy konstrukcji, które nie zmieściły się do windy. Rodzaj i charakter określonego odcinka schodów zmienia się jak w kalejdoskopie. W jaki sposób zareagujemy na umytą podłogę? Czy będziemy mieli wyrzuty sumienia, gdy na oczach sprzątaczki zadepczemy efekt jej pracy? Czy nieboraczka poprawia podłogę za każdym razem, gdy kolejny pracownik zniknie z pola widzenia? A może przytulimy się do balustrady i przepraszając, na paluszkach przemkniemy na odpowiednie piętro. Reakcja może się również zmienić jeśli natrafimy na umyte schody pozbawione obecności zapracowanej sprzątaczki. Czy wtedy, bez nadzoru, zamiast krygować się ruszymy środkiem schodów w górę korpo - kariery?
  Postanowiłem, wzorem M.Bąk, zaproponować podział schodów na poszczególne rodzaje, aby każdy mógł poruszać się swoim tempem. Poszczególne strefy oddzielimy od siebie kolorowymi pasami, a im schody szersze, tym mamy więcej możliwości.
Strefa ekspresowa: Jedynym kryterium jest prędkość. Sportowcy, spóźnialscy, niecierpliwi śmigają w obie strony nie oglądając się za siebie. Mijają bez słowa, ani na moment nie wytracając zawrotnej szybkości. Mile widziany sportowy strój, lub rozpacz w oczach na myśl o rozmiarze powstającego spóźnienia. Przed włączeniem się do ruchu na tym pasie, warto przejść kompleksowe badania i zadbać o formę.
Strefa gabarytowa: Dla wszelkiej maści robotników, monterów i fachowców. Jeśli masz coś ciężkiego do wniesienia, paczkę, szafę, stalowe pręty, cokolwiek czego nie zmieściłeś do windy, korzystasz właśnie z tego pasa. Dzięki temu nikt postronny nie oberwie od krzywizn pakunków, a pozostali uczestnicy ruchu nie zostaną zablokowani.    
Strefa bezpieczna: Dla poruszających się wolno i ostrożnie. Masz kłopoty zdrowotne, całym sercem nie chcesz znaleźć się już na górze wśród ASAP-ów, masz ochotę na spokojny, wielostopniowy spacer? Ta strefa jest dla ciebie!

Dodatkowo na półpiętrach warto zorganizować różnego rodzaju atrakcje. Miejsce dla rozmawiających przez telefon, dystrybutor zimnych napojów, stragan z przekąskami, nieco wyżej strefa muzealna, kilka obrazów, zdjęć. Dzięki temu, wspinając się po śliskich stopniach kariery, znajdziemy odrobinę ukojenia przed rzuceniem się w wir pracy!

czwartek, 15 czerwca 2017

Kulą w płot

A może by tak...



   Początek czerwca upłynął pod znakiem wakacyjnej pogody, umożliwił opuszczenie domostwa jedynie w koszulce z krótkim rękawem oraz odkrytych butach. Co odważniejsi, lub po prostu bezkrytyczni, rozpoczęli sezon prezentacji kończyn dolnych za sprawą zamiany długich spodni na krótkie. Wątpliwa przyjemność obserwacji męskich łydek została częściowo zrekompensowana przez równie swobodnie ubrane kobiety. W imieniu mężczyzn, dziękujemy!
Jakkolwiek wszyscy chcielibyśmy grzać się w słońcu, wyjechać za miasto, rozpalić grilla, wypić orzeźwiający napój, poleżeć w hamaku, wielu korpoludków nadal musi pracować, aby kraina Mordor, gdzie jak wiemy dzięki Tolkienowi „zaległy cienie” trwała w dobrobycie, wykuwanym katorżniczo rękami maluczkich nieszczęśników, których urlop albo upłynął, albo dopiero widnieje na horyzoncie zdarzeń. Do owej złowrogiej krainy musimy jakoś dotrzeć, najbardziej rezolutni z nas rowerem, niektórzy samochodami, a jeszcze inni komunikacją miejską. Dla tych ostatnich Zarząd Transportu Miejskiego przygotował niespodziankę.
   Dzień dziecka. Święto berbeci, zatroskanych matek, przykładnych ojców. Pierwszy czerwca to osobiste, intymne i rodzinne przeżycie, a raczej takim być powinno. Czasem jednak władze miasta, bądź instytucja pokroju ZTM postanowi wyjść z inicjatywą i w określony sposób uczcić Dzień dziecka w przestrzeni publicznej. Nie mam nic przeciwko wszelkiego rodzaju festynom, imprezom, happeningom, czy koncertom ponieważ są to wydarzenia opcjonalne i by wziąć w nich udział trzeba udać się na miejsce, w którym zorganizowano daną aktywność. Problem pojawia się, gdy jesteśmy skazani na uczestnictwo. Wtedy nawet najbardziej szlachetne, pomysłowe inicjatywy mogą co najwyżej zirytować zamiast przypominać o sympatycznym dniu.
Jadę do pracy, jak zwykle z nosem w książce. Tramwaj zatłoczony, jedną ręką obejmuje pręt, żeby nie upaść na skutek zwyczajowych turbulencji. Staram się wyciszyć, zignorować podniesione głosy pasażerów krzyczących do telefonów:


- No ja mu mówię…


- A on jej na to…


- Tak, tak kupiłem marchewki. Ty weź pieczywo i mięso!


- Ale ten mój szef wpadł dziś na wyjątkowo żałosny pomysł!


   Gdy już prawie dostroiłem się do hałasu, przetwarzając irytujące dźwięki w kojący szum, wsiadł uliczny grajek z akordeonem. Raz za razem czytam to samo zdanie nie mogąc się skoncentrować, byle do następnego przystanku, powtarzam sobie, na pewno wysiądzie. Przetrwałem muzyczną kakofonię wątpliwej jakości, przerzuciłem stronę, wyluzowałem się nieco, pozwalając sobie nawet na drobny uśmiech i wtedy to się stało. Zwyczajowe, wygłaszane wyćwiczonym, zawodowym głosem nagranie prezentujące nazwę zbliżającego się przystanku ktoś zastąpił niewyraźnym kilka razy głośniejszym bełkotem. W pierwszej kolejności nie zrozumiałem co właściwie usłyszałem. Uniosłem wzrok znad książki, gdzie moje niewyspane oczy napotkały równie zdumione oblicza pasażerów. Gdy tramwaj dotarł do przystanku wszystko stało się jasne. Rozległo się zbyt głośne, nie pasujące do profesjonalnego, męskiego wstępu:


- Następny przystanek…


Nagranie wwiercające się w zaspany mózg:


- Kino Femina!


   Nazwa przystanku wygłoszona cienkim dziecięcym głosikiem. Główny problem z tym słuchowiskiem jest taki, że z jakiegoś powodu ustawiono potencjometr na barbarzyńsko wysokim poziomie. Do tego słychać wyraźnie, że dzieci nie zastąpią profesjonalnego lektora. Mało nie dostałem zawału. Jedziemy dalej, kolejny przystanek przynosi następny atak na bębenki:


- Metro Ratusz Arsenał!


   Tym razem odczytane przez inne dziecko. Chaotyczne i źle nagrane informacje, które wzbudziły moją irytację i uniemożliwiły codzienne, podróżne wyciszenie. Dopiero po opuszczeniu torowego środka transportu zrozumiałem, że swoją drogę pokonałem nie w zwykły czwartek, a pierwszego czerwca, czyli w Międzynarodowy Dzień dziecka. Wtedy na moim obliczu zagościł uśmiech, irytacja szybko zniknęła, a ja pomyślałem, że podobna akcja nie jest aż tak złym pomysłem, jedynie warstwa techniczna nie dorosła do interesującej inicjatywy. Gdyby nagranie odtworzyć zdecydowanie ciszej, poświęcić trochę więcej czasu młodym lektorom, myślę, że pomysł zostałby ciepło przyjęty. Uspokojony dotarłem w końcu do bram Mordoru i zająłem swoje stanowisko w kuźni Targetów.
Problem w tym, że, jak to często w naszym kraju bywa, w kolejnych dniach zaatakowała bylejakość, która znów podniosła mój poziom irytacji. Ponownie przyszło mi wstać rano i wyruszyć w podróż do krainy Mordor w piękny, słoneczny, piątkowy dzień. Ta sama trasa, książka, nastrój, próba wyciszenia. I kolejny niespodziewany hałas:


- Okopowa!


- Kino Femina!


- Metro Ratusz Arsenał!


   Do kroćset! Przecież Dzień dziecka był wczoraj! Pozwólcie człowiekowi zapomnieć, naładować baterie przed ciężkim dniem. Przełknąłem przekleństwo, przetrwałem, dotarłem do pracy.
Po piątku przyszła pracująca sobota, czyli święto smutku i rozczarowania. Los zdecydował, że tym razem jechałem tramwajem oznaczonym innym numerem, pomyślałem sobie, że z dwóch powodów jestem bezpieczny:


- Inna linia tramwajowa.


- Dwa dni po święcie dzieciaków.


Jadę, książka otwarta. Docieram do newralgicznych przystanków, zamieram w napięciu i…


Kolejny atak na bębenki:


- Okopowa!


- Kino Femina!


- Metro Ratusz Arsenał!

   Niedowierzanie wespół z irytacją wypełniły mój biedny umysł. Tyle dobrego, że po tym wszystkim dzień w pracy okazał się niemal wypoczynkiem. Popieram szeroko pojętą inicjatywę, aktywność kampanie społeczne, lecz jednocześnie apeluję do pomysłodawców – pamiętajcie o innych. Nie każdy jest entuzjastą obowiązkowego hałasu. W przyszłoroczny Dzień dziecka chyba wyruszę rowerem, albo zaplanuję urlop, by moim jedynym zmartwieniem było – który bok mam mocniej opalony, albo czy lepiej popływać, czy poleżeć jeszcze kwadrans na plaży. Trzymajcie się ciepło!

czwartek, 19 stycznia 2017

Przebudzenie

Pierwsze oznaki...



  Na początku nie przejmujemy się zdrowiem. Nie pozwalamy myślom krążyć wokół złamań, więzadeł, kalectwa, czy zniedołężnienia. Biegamy, skaczemy, gramy w piłkę, bez opamiętania, napędzani radością i świeżością naszych młodocianych organizmów. Czasem zdarzy się wypadek, ten czy inny chłopak dozna poważnej kontuzji, lecz zwykle kończy się na stłuczeniu, czy kilku siniakach. Nie dopuszczamy do siebie myśli, że coś podobnego mogłoby nas spotkać. Potem nadchodzi szlachetna trzydziestka i zaczynają się schody. Dawne:
- E tam, chrzanić rozgrzewkę od razu gramy!
Zamienia się w śmiertelne niebezpieczeństwo. Wokół ciebie pojawia się cierpienie. Jeden ma wodę w kolanie, drugi zerwał więzadła, trzeci jest za gruby, czwarty właśnie złamał nogę po raz trzeci. Wstajesz rano, boli cię kark. Idziesz do łazienki, schylasz się, łupie w krzyżu. Wstajesz z krzesła przy biurku, odzywa się ból w stopie. Ćmi w pachwinie, a jeden z kolegów odwołuje spotkanie bo naderwał jakieś ścięgno wstając z kanapy. Po piwo. W sercach trzydziestolatków rodzi się strach. Kiedyś zebranie dwudziestu chłopaków do gry nie stanowiło problemu. Kłótnie po ilu gramy, kto siedzi na rezerwie były na porządku dziennym. Dziś jak przyjdzie czterech to mamy święto. Na kolanach, łokciach, kostkach i nadgarstkach opaski usztywniające, co piętnaście minut ktoś przerywa grę z grymasem bólu na twarzy, odchodzi w kąt, masuje co trzeba, rozciąga i wraca do gry modląc się o przetrwanie. 
  Z rozwalonym kolanem pogodziłem się już dawno, nawet za bardzo bo zaniechałem sensownego leczenia, jednak ból w krzyżu, który zaatakował podczas biegania zakłócił mój dobrostan. Do tego stopnia, że antagonizowałem nowy materac, zamiast przyznać, że doznałem urazu podczas prostego wysiłku fizycznego. Pobolało dwa dni, pozbierałem się i zapomniałem. Radośnie wznowiłem aktywność z odważnym i bardzo głupim: "E tam, chrzanić rozgrzewkę od razu gramy!" na ustach. W czwartek, tydzień temu wybrałem się na siatkówkę. Zebraliśmy całkiem pokaźną ekipę, więc rozgrywce towarzyszyła atmosfera radości i beztroski. Atakowałem, skakałem, odbierałem, wystawiałem, serwowałem, szczęśliwy, że otulone opaską uciskową kolano daje radę, w pewnym momencie postanowiłem zablokować atak po prostej przeciwnika. Podskakuję, ręce w górze, w pełni wyprostowany i  nagle ostry ból w krzyżu uniemożliwia mi dalszą grę. Poczułem się jak starzec, dwa razy ten sam uraz w ciągu dwóch tygodni. Wróciłem do domu, ponarzekałem, poszedłem spać i...
  Rano się zaczęło. Nie mogłem wstać, wyprostować się, usiąść, mogłem jedynie leżeć na boku w jednej określonej pozycji. Do łazienki chodziłem na czworaka, zwijając się z bólu. Dziś czuję jedynie drobną niedogodność, zwykłe pieczenie, ale wciąż pamiętam tamto cierpienie. Mam tylko nadzieję, że uda mi się odsunąć w czasie moment, w którym lekarz stwierdzi:
- Proszę Pana, teraz już tak będzie. W Pana wieku...
Wiem, że przesadzam, ale chciałbym aby ta krótka opowiastka przyczyniła się do wyeliminowania z życia społecznego zabójczej i śmiertelnie niebezpiecznej frazy:  
- E tam, chrzanić rozgrzewkę od razu gramy!
Następnemu, który to powie dam w gębę. Chyba, że akurat będę zwijał się z bólu w drodze do łazienki.

niedziela, 6 listopada 2016

Siła przyrody

Drzewo



    Czerpiąc z kotła statystycznej zupy sięgam po wyjątkowo niesmaczny, rozgotowany kawałek informacji:
Czytelnictwo w Polsce umiera.
Rokrocznie ilość pochłoniętych książek, broszur, instrukcji drastycznie spada. Wielu socjologów, myślicieli, filozofów, psychologów, telewizyjno - radiowych gadających głów alarmuje aby:

1. Czytać dzieciom.
2. Pokazywać się latorośli z książką, coby czerpały przykład.
3. Czytać.
4. Czytać bo zdrowo.
5. Czytać ponieważ umysł też trzeba ćwiczyć.

    Na próżno. Jako społeczeństwo wolimy filmy, seriale, dziwne programy rozrywkowe, imprezy, tablety, smartfony, komputery, gry i zabawy wszelakie. Książka jest passebezużyteczna, czasochłonna, ciężka, nudna, głupia. Zachęcające gadanie, jakkolwiek słuszne i uformowane z pozytywnej materii przynosi ograniczone skutki. Dlatego bardzo podoba mi się bardziej niekonwencjonalne podejście do tematu. Od dawna funkcjonuje grupa ludzi, którzy po przeczytaniu książki, naznaczają egzemplarz odpowiednim wstępem, by potem pozostawić wolumin na ławce w parku, na siedzeniu w metrze, czy autobusie. Taka pozycja winna w zamyśle krążyć po całym mieście. Osobiście tylko raz natrafiłem na książkę porzuconą w ten sposób, nie wziąłem jej jednak. Dlaczego? Mam wrażenie, że w Polsce panuje pewnego rodzaju nieufność, czy niechęć do przedmiotów pozostawionych w przestrzeni publicznej. Ponadto boimy się zabrać coś, co nie wiemy do kogo należy. Czy posądzą nas o kradzież? A może się wygłupimy? Wstyd powstrzymuje potencjalnego czytelnika. Na szczęście, ze zdziwieniem odkryłem w okolicznym parku podrasowaną wersję śmiałego pomysłu. Drzewo. Wydrążone, okraszone półkami oraz stosowną informacją co do przeznaczenia drewnianego schowka.

Oto drzewo książkowe...

Stosowne wyjaśnienie...

Oraz mój osobisty wkład :)

    Możemy w owym drzewie pozostawić książki, czasopisma, tomy poezji, broszury, rysunki, własne opowiadania, co tylko przyjdzie nam do głowy. Następnie czytelnik podbiera jedną pozycję, pochłania w zaciszu domowym i zwraca do dziupli, dla innych moli książkowych. Genialne i bardzo proste. Znika poczucie strachu przed mylną oceną, umiera hipotetyczny złodziejski stygmat, nic tylko czytać, czytać czytać, ponieważ umysł też trzeba ćwiczyć. Po cdactiony zapraszam do parku moczydło, mam ich jeszcze całe mnóstwo... 

czwartek, 20 października 2016

Howard

Phillips



    Lovecraft. Człowiek ów stworzył rzeczywistość, w której wszystko jest dookolne, mansardowe, przesycone nadgniłym waporem, nie do opisania, odległe, straszne, pełne odwiecznej, kosmicznej grozy, której początków należy szukać eony przed powstaniem człowieka. Świat wypełniony niesamowitością, wrogi, gdzie pełzający chaos trwa w ciemności. Dwa wspaniałe plany nie pozwalają się nudzić podczas lektury twórczości samotnika z Providence. Z jednej strony mamy do czynienia z rzeczywistością, atakowaną przez starożytną grozę oraz nadmierną ciekawość bohaterów, na drugim biegunie majaczy kraina snów. Jeszcze bardziej przerażająca od jawy. Podobne do nietoperzy o skórzastych, poszarpanych skrzydłach, ślepe, nieme i straszliwe potwory, armia ghuli objadających resztki mięsa z ludzkich kości, złowrodzy marynarze porywający śniących do niewolniczej pracy, samotny kapłan na szczycie wysokiej, czarnej góry, pożerający pielgrzymów, to jedynie ułamek tego co wymyślił Lovecraft. Inni bogowie strzegący ziemskich bóstw, hierarchiczna społeczność rozumnych kotów, które cyklicznie odwiedzają księżyc. Każdy miłośnik niesamowitości znajdzie coś dla siebie.
    Również forma stanowi źródło prawdziwej przyjemności dla czytelnika. Barwny, archaiczny język, do tego opowiadania są krótkie, oparte na konkretnym pomyśle i nie są nadmiernie rozwleczone. Dzięki pierwszoosobowym narratorom możemy poczuć więź z bohaterem. Zrozumieć szaleństwo, które znaleźli na progu swych kolonialnych domostw. Świeżo po przeczytaniu zbioru opowiadań wielkiego mistrza grozy pod tytułem: "Przyszła na Sarnath zagłada", który stanowi kontynuację woluminu: "Zgroza w Dunwitch"  jestem pod ogromnym wrażeniem kunsztu samotnika z Providence. Czytywałem wcześniej pojedyncze krótkie formy pisarza, jednak dopiero większe stężenie twórczości Lovecrafta nie pozostawiło mnie obojętnym na kosmiczną grozę. Tłumacz, niejaki Maciej Płaza, oprócz świetnego wyboru utworów oraz niezrównanego przekładu, uraczył czytelnika niesamowitą anegdotą.
    Po ukończeniu pracy nad pierwszym tomem, postanowił zająć się innymi projektami, nie planował dalszego obcowania z prozą Lovecrafta. Do czasu pewnego niespodziewanego zdarzenia. W jednym z opowiadań zatytułowanym "Rycina w starym domu" pojawia się istniejąca w rzeczywistości książka podróżnicza Regnum Congo  zawierająca niepokojące ilustracje. Rysownik nigdy nie widział opisywanych krain, ani egzotycznych ludów zamieszkujących Kongo, dlatego nadał im fantastyczną formę rodem z własnej wyobraźni. Jedna rycina wyróżniała się w sposób szczególny. Przedstawiała rzeźnika z plemienia kanibali, który przygotowywał posiłek z ludzkiego mięsa. Gdy Maciej Płaza zakończył przekład opowiadania "Rycina w starym domu", udał się na wystawę starych książek podróżniczych i geograficznych. W tym momencie pozwolę sobie oddać głos bohaterowi tej opowieści:

Dotarłszy do końca sali, ujrzałem w jednej z gablot pożółkły sążnisty tom podobny do wielu innych ksiąg i atlasów na wystawie, opatrzony karteczką z tytułem... Regnum Congo. Choć dzień był piękny, zrobiło mi się zimno; poczułem się tak, jakbym zobaczył Necronomicon.

    Mnie zrobiło się nieswojo po przeczytaniu relacji z tego zdarzenia. Zachęcam wszystkich odważnych lub po prostu lubiących się bać czytelników do sięgnięcia po utwory Howarda Phillipsa Lovecrafta. Warto. 
   

niedziela, 16 października 2016

Recydywa

Nieudolny złodziej



    Jestem przykładnym obywatelem, który nie angażuje się w życie społeczne, zamyka oczy na aktywistów, unika ulicznych relacji nie przejawia inicjatywy względem kogokolwiek poza sobą samym. Cholera, właśnie napisałem negatywną definicję "przykładnego obywatela". Aby słowny Frankenstein umarł natychmiast szybko wyjaśniam: Nie sprawiam kłopotów. Płacę za bilet, nie śmiecę, nie kradnę, nie wszczynam awantur, nie cwaniakuję - staram się utrzymywać niski profil. Dlatego odczuwam głęboką niesprawiedliwość, brutalnie rozdzierającą mój spokój, gdy otrzymuję wezwanie na komendę.
    Tak, moi mili, w sprawie włamania na konta mailowe i pewnego portalu aukcyjnego. Od razu się rozmarzyłem, jak to żyję nerdowskim mokrym snem, realizuję zlecenia wykradając wraże dane z najlepiej zabezpieczonych serwerów. Wklepuję linijki kodu z zawrotną prędkością nawet nie spoglądając w kierunku klawiatury. Potem zastygam na moment i... enter. 

- I'm in. What do you need?   

    Zostałem hakerem! A raczej za takowego może uznać mnie policja. Prawdopodobnie ktoś podłączył się do naszej sieci wifi, która została założona przez babcię towarzyszącej mi kobiety. Owa seniorka nigdy nie miała komputera. Pakiet telewizja, internet, telefon był po prostu tańszy. Router jednak, cały czas włączony, spiskował za naszymi plecami z elektronicznym włamywaczem. Owa sieć wyposażona była na etapie czynu przestępczego w standardowe hasło zapisane na spodzie routera, które jak przypuszczam, łatwo uzyskać w internecie. Tak zakładam, gdyż nie przypominam sobie abym kiedykolwiek włamał się do jakiegokolwiek serwisu. No chyba, że jako lunatyk jestem światowej sławy hakerem i cyberprzestępcy składają mi hołd. Piękna wizja - ktoś na miejscu sprawdza czy już śpię i wtedy przychodzą/piszą petenci. Specjalny lekarz podaje mi środki nasenne, bym zrealizował ważne zlecenie dla rządu. Tylko gdzie zarobione miliony? Najgorsze jest to, że ja zdaję sobie sprawę ze swej niewinności, dziewczyna również, rodzina, znajomi wiedzą, że jestem zbyt niekompetentny. Ale policja to co innego. Nie znają mnie, nie wiedzą, że schwytali króla nieudaczników i gotowi są zakładać, że, niczym Kaiser Soze tylko udaję głupka. Cytując towarzyszkę życia:  

- Najtrudniej udowodnić, że nie jesteś Łosiem.

    Właściwie to chyba powiedziała Jeleniem, jednak bardziej odpowiada mi drugie zwierzę. Widzicie moi mili, tak oto moja nienaganna reputacja i jednoczesny brak pozytywnych przejawów działań społecznych zaprowadziła mnie, jako anonimowego łosia, na pastwę złowrogiej policji. 

- Strzeżcie się i dbajcie o zabezpieczenia sieci! - wykrzyczał tuż przed zamknięciem krat. 

    Na koniec dygresja: Komisariat przypomina ten z 13 posterunku, a w zapyziałym holu wisi tabliczka sugerująca, iż lobby wyremontowano ze środków publicznych. Chyba sto lat temu. Na dyżurnego też trzeba sobie trochę poczekać. Uaaa... senny się zrobiłem, uważajcie na swoje konta!