czwartek, 15 czerwca 2017

Kulą w płot

A może by tak...



   Początek czerwca upłynął pod znakiem wakacyjnej pogody, umożliwił opuszczenie domostwa jedynie w koszulce z krótkim rękawem oraz odkrytych butach. Co odważniejsi, lub po prostu bezkrytyczni, rozpoczęli sezon prezentacji kończyn dolnych za sprawą zamiany długich spodni na krótkie. Wątpliwa przyjemność obserwacji męskich łydek została częściowo zrekompensowana przez równie swobodnie ubrane kobiety. W imieniu mężczyzn, dziękujemy!
Jakkolwiek wszyscy chcielibyśmy grzać się w słońcu, wyjechać za miasto, rozpalić grilla, wypić orzeźwiający napój, poleżeć w hamaku, wielu korpoludków nadal musi pracować, aby kraina Mordor, gdzie jak wiemy dzięki Tolkienowi „zaległy cienie” trwała w dobrobycie, wykuwanym katorżniczo rękami maluczkich nieszczęśników, których urlop albo upłynął, albo dopiero widnieje na horyzoncie zdarzeń. Do owej złowrogiej krainy musimy jakoś dotrzeć, najbardziej rezolutni z nas rowerem, niektórzy samochodami, a jeszcze inni komunikacją miejską. Dla tych ostatnich Zarząd Transportu Miejskiego przygotował niespodziankę.
   Dzień dziecka. Święto berbeci, zatroskanych matek, przykładnych ojców. Pierwszy czerwca to osobiste, intymne i rodzinne przeżycie, a raczej takim być powinno. Czasem jednak władze miasta, bądź instytucja pokroju ZTM postanowi wyjść z inicjatywą i w określony sposób uczcić Dzień dziecka w przestrzeni publicznej. Nie mam nic przeciwko wszelkiego rodzaju festynom, imprezom, happeningom, czy koncertom ponieważ są to wydarzenia opcjonalne i by wziąć w nich udział trzeba udać się na miejsce, w którym zorganizowano daną aktywność. Problem pojawia się, gdy jesteśmy skazani na uczestnictwo. Wtedy nawet najbardziej szlachetne, pomysłowe inicjatywy mogą co najwyżej zirytować zamiast przypominać o sympatycznym dniu.
Jadę do pracy, jak zwykle z nosem w książce. Tramwaj zatłoczony, jedną ręką obejmuje pręt, żeby nie upaść na skutek zwyczajowych turbulencji. Staram się wyciszyć, zignorować podniesione głosy pasażerów krzyczących do telefonów:


- No ja mu mówię…


- A on jej na to…


- Tak, tak kupiłem marchewki. Ty weź pieczywo i mięso!


- Ale ten mój szef wpadł dziś na wyjątkowo żałosny pomysł!


   Gdy już prawie dostroiłem się do hałasu, przetwarzając irytujące dźwięki w kojący szum, wsiadł uliczny grajek z akordeonem. Raz za razem czytam to samo zdanie nie mogąc się skoncentrować, byle do następnego przystanku, powtarzam sobie, na pewno wysiądzie. Przetrwałem muzyczną kakofonię wątpliwej jakości, przerzuciłem stronę, wyluzowałem się nieco, pozwalając sobie nawet na drobny uśmiech i wtedy to się stało. Zwyczajowe, wygłaszane wyćwiczonym, zawodowym głosem nagranie prezentujące nazwę zbliżającego się przystanku ktoś zastąpił niewyraźnym kilka razy głośniejszym bełkotem. W pierwszej kolejności nie zrozumiałem co właściwie usłyszałem. Uniosłem wzrok znad książki, gdzie moje niewyspane oczy napotkały równie zdumione oblicza pasażerów. Gdy tramwaj dotarł do przystanku wszystko stało się jasne. Rozległo się zbyt głośne, nie pasujące do profesjonalnego, męskiego wstępu:


- Następny przystanek…


Nagranie wwiercające się w zaspany mózg:


- Kino Femina!


   Nazwa przystanku wygłoszona cienkim dziecięcym głosikiem. Główny problem z tym słuchowiskiem jest taki, że z jakiegoś powodu ustawiono potencjometr na barbarzyńsko wysokim poziomie. Do tego słychać wyraźnie, że dzieci nie zastąpią profesjonalnego lektora. Mało nie dostałem zawału. Jedziemy dalej, kolejny przystanek przynosi następny atak na bębenki:


- Metro Ratusz Arsenał!


   Tym razem odczytane przez inne dziecko. Chaotyczne i źle nagrane informacje, które wzbudziły moją irytację i uniemożliwiły codzienne, podróżne wyciszenie. Dopiero po opuszczeniu torowego środka transportu zrozumiałem, że swoją drogę pokonałem nie w zwykły czwartek, a pierwszego czerwca, czyli w Międzynarodowy Dzień dziecka. Wtedy na moim obliczu zagościł uśmiech, irytacja szybko zniknęła, a ja pomyślałem, że podobna akcja nie jest aż tak złym pomysłem, jedynie warstwa techniczna nie dorosła do interesującej inicjatywy. Gdyby nagranie odtworzyć zdecydowanie ciszej, poświęcić trochę więcej czasu młodym lektorom, myślę, że pomysł zostałby ciepło przyjęty. Uspokojony dotarłem w końcu do bram Mordoru i zająłem swoje stanowisko w kuźni Targetów.
Problem w tym, że, jak to często w naszym kraju bywa, w kolejnych dniach zaatakowała bylejakość, która znów podniosła mój poziom irytacji. Ponownie przyszło mi wstać rano i wyruszyć w podróż do krainy Mordor w piękny, słoneczny, piątkowy dzień. Ta sama trasa, książka, nastrój, próba wyciszenia. I kolejny niespodziewany hałas:


- Okopowa!


- Kino Femina!


- Metro Ratusz Arsenał!


   Do kroćset! Przecież Dzień dziecka był wczoraj! Pozwólcie człowiekowi zapomnieć, naładować baterie przed ciężkim dniem. Przełknąłem przekleństwo, przetrwałem, dotarłem do pracy.
Po piątku przyszła pracująca sobota, czyli święto smutku i rozczarowania. Los zdecydował, że tym razem jechałem tramwajem oznaczonym innym numerem, pomyślałem sobie, że z dwóch powodów jestem bezpieczny:


- Inna linia tramwajowa.


- Dwa dni po święcie dzieciaków.


Jadę, książka otwarta. Docieram do newralgicznych przystanków, zamieram w napięciu i…


Kolejny atak na bębenki:


- Okopowa!


- Kino Femina!


- Metro Ratusz Arsenał!

   Niedowierzanie wespół z irytacją wypełniły mój biedny umysł. Tyle dobrego, że po tym wszystkim dzień w pracy okazał się niemal wypoczynkiem. Popieram szeroko pojętą inicjatywę, aktywność kampanie społeczne, lecz jednocześnie apeluję do pomysłodawców – pamiętajcie o innych. Nie każdy jest entuzjastą obowiązkowego hałasu. W przyszłoroczny Dzień dziecka chyba wyruszę rowerem, albo zaplanuję urlop, by moim jedynym zmartwieniem było – który bok mam mocniej opalony, albo czy lepiej popływać, czy poleżeć jeszcze kwadrans na plaży. Trzymajcie się ciepło!

czwartek, 19 stycznia 2017

Przebudzenie

Pierwsze oznaki...



  Na początku nie przejmujemy się zdrowiem. Nie pozwalamy myślom krążyć wokół złamań, więzadeł, kalectwa, czy zniedołężnienia. Biegamy, skaczemy, gramy w piłkę, bez opamiętania, napędzani radością i świeżością naszych młodocianych organizmów. Czasem zdarzy się wypadek, ten czy inny chłopak dozna poważnej kontuzji, lecz zwykle kończy się na stłuczeniu, czy kilku siniakach. Nie dopuszczamy do siebie myśli, że coś podobnego mogłoby nas spotkać. Potem nadchodzi szlachetna trzydziestka i zaczynają się schody. Dawne:
- E tam, chrzanić rozgrzewkę od razu gramy!
Zamienia się w śmiertelne niebezpieczeństwo. Wokół ciebie pojawia się cierpienie. Jeden ma wodę w kolanie, drugi zerwał więzadła, trzeci jest za gruby, czwarty właśnie złamał nogę po raz trzeci. Wstajesz rano, boli cię kark. Idziesz do łazienki, schylasz się, łupie w krzyżu. Wstajesz z krzesła przy biurku, odzywa się ból w stopie. Ćmi w pachwinie, a jeden z kolegów odwołuje spotkanie bo naderwał jakieś ścięgno wstając z kanapy. Po piwo. W sercach trzydziestolatków rodzi się strach. Kiedyś zebranie dwudziestu chłopaków do gry nie stanowiło problemu. Kłótnie po ilu gramy, kto siedzi na rezerwie były na porządku dziennym. Dziś jak przyjdzie czterech to mamy święto. Na kolanach, łokciach, kostkach i nadgarstkach opaski usztywniające, co piętnaście minut ktoś przerywa grę z grymasem bólu na twarzy, odchodzi w kąt, masuje co trzeba, rozciąga i wraca do gry modląc się o przetrwanie. 
  Z rozwalonym kolanem pogodziłem się już dawno, nawet za bardzo bo zaniechałem sensownego leczenia, jednak ból w krzyżu, który zaatakował podczas biegania zakłócił mój dobrostan. Do tego stopnia, że antagonizowałem nowy materac, zamiast przyznać, że doznałem urazu podczas prostego wysiłku fizycznego. Pobolało dwa dni, pozbierałem się i zapomniałem. Radośnie wznowiłem aktywność z odważnym i bardzo głupim: "E tam, chrzanić rozgrzewkę od razu gramy!" na ustach. W czwartek, tydzień temu wybrałem się na siatkówkę. Zebraliśmy całkiem pokaźną ekipę, więc rozgrywce towarzyszyła atmosfera radości i beztroski. Atakowałem, skakałem, odbierałem, wystawiałem, serwowałem, szczęśliwy, że otulone opaską uciskową kolano daje radę, w pewnym momencie postanowiłem zablokować atak po prostej przeciwnika. Podskakuję, ręce w górze, w pełni wyprostowany i  nagle ostry ból w krzyżu uniemożliwia mi dalszą grę. Poczułem się jak starzec, dwa razy ten sam uraz w ciągu dwóch tygodni. Wróciłem do domu, ponarzekałem, poszedłem spać i...
  Rano się zaczęło. Nie mogłem wstać, wyprostować się, usiąść, mogłem jedynie leżeć na boku w jednej określonej pozycji. Do łazienki chodziłem na czworaka, zwijając się z bólu. Dziś czuję jedynie drobną niedogodność, zwykłe pieczenie, ale wciąż pamiętam tamto cierpienie. Mam tylko nadzieję, że uda mi się odsunąć w czasie moment, w którym lekarz stwierdzi:
- Proszę Pana, teraz już tak będzie. W Pana wieku...
Wiem, że przesadzam, ale chciałbym aby ta krótka opowiastka przyczyniła się do wyeliminowania z życia społecznego zabójczej i śmiertelnie niebezpiecznej frazy:  
- E tam, chrzanić rozgrzewkę od razu gramy!
Następnemu, który to powie dam w gębę. Chyba, że akurat będę zwijał się z bólu w drodze do łazienki.

niedziela, 6 listopada 2016

Siła przyrody

Drzewo



    Czerpiąc z kotła statystycznej zupy sięgam po wyjątkowo niesmaczny, rozgotowany kawałek informacji:
Czytelnictwo w Polsce umiera.
Rokrocznie ilość pochłoniętych książek, broszur, instrukcji drastycznie spada. Wielu socjologów, myślicieli, filozofów, psychologów, telewizyjno - radiowych gadających głów alarmuje aby:

1. Czytać dzieciom.
2. Pokazywać się latorośli z książką, coby czerpały przykład.
3. Czytać.
4. Czytać bo zdrowo.
5. Czytać ponieważ umysł też trzeba ćwiczyć.

    Na próżno. Jako społeczeństwo wolimy filmy, seriale, dziwne programy rozrywkowe, imprezy, tablety, smartfony, komputery, gry i zabawy wszelakie. Książka jest passebezużyteczna, czasochłonna, ciężka, nudna, głupia. Zachęcające gadanie, jakkolwiek słuszne i uformowane z pozytywnej materii przynosi ograniczone skutki. Dlatego bardzo podoba mi się bardziej niekonwencjonalne podejście do tematu. Od dawna funkcjonuje grupa ludzi, którzy po przeczytaniu książki, naznaczają egzemplarz odpowiednim wstępem, by potem pozostawić wolumin na ławce w parku, na siedzeniu w metrze, czy autobusie. Taka pozycja winna w zamyśle krążyć po całym mieście. Osobiście tylko raz natrafiłem na książkę porzuconą w ten sposób, nie wziąłem jej jednak. Dlaczego? Mam wrażenie, że w Polsce panuje pewnego rodzaju nieufność, czy niechęć do przedmiotów pozostawionych w przestrzeni publicznej. Ponadto boimy się zabrać coś, co nie wiemy do kogo należy. Czy posądzą nas o kradzież? A może się wygłupimy? Wstyd powstrzymuje potencjalnego czytelnika. Na szczęście, ze zdziwieniem odkryłem w okolicznym parku podrasowaną wersję śmiałego pomysłu. Drzewo. Wydrążone, okraszone półkami oraz stosowną informacją co do przeznaczenia drewnianego schowka.

Oto drzewo książkowe...

Stosowne wyjaśnienie...

Oraz mój osobisty wkład :)

    Możemy w owym drzewie pozostawić książki, czasopisma, tomy poezji, broszury, rysunki, własne opowiadania, co tylko przyjdzie nam do głowy. Następnie czytelnik podbiera jedną pozycję, pochłania w zaciszu domowym i zwraca do dziupli, dla innych moli książkowych. Genialne i bardzo proste. Znika poczucie strachu przed mylną oceną, umiera hipotetyczny złodziejski stygmat, nic tylko czytać, czytać czytać, ponieważ umysł też trzeba ćwiczyć. Po cdactiony zapraszam do parku moczydło, mam ich jeszcze całe mnóstwo... 

czwartek, 20 października 2016

Howard

Phillips



    Lovecraft. Człowiek ów stworzył rzeczywistość, w której wszystko jest dookolne, mansardowe, przesycone nadgniłym waporem, nie do opisania, odległe, straszne, pełne odwiecznej, kosmicznej grozy, której początków należy szukać eony przed powstaniem człowieka. Świat wypełniony niesamowitością, wrogi, gdzie pełzający chaos trwa w ciemności. Dwa wspaniałe plany nie pozwalają się nudzić podczas lektury twórczości samotnika z Providence. Z jednej strony mamy do czynienia z rzeczywistością, atakowaną przez starożytną grozę oraz nadmierną ciekawość bohaterów, na drugim biegunie majaczy kraina snów. Jeszcze bardziej przerażająca od jawy. Podobne do nietoperzy o skórzastych, poszarpanych skrzydłach, ślepe, nieme i straszliwe potwory, armia ghuli objadających resztki mięsa z ludzkich kości, złowrodzy marynarze porywający śniących do niewolniczej pracy, samotny kapłan na szczycie wysokiej, czarnej góry, pożerający pielgrzymów, to jedynie ułamek tego co wymyślił Lovecraft. Inni bogowie strzegący ziemskich bóstw, hierarchiczna społeczność rozumnych kotów, które cyklicznie odwiedzają księżyc. Każdy miłośnik niesamowitości znajdzie coś dla siebie.
    Również forma stanowi źródło prawdziwej przyjemności dla czytelnika. Barwny, archaiczny język, do tego opowiadania są krótkie, oparte na konkretnym pomyśle i nie są nadmiernie rozwleczone. Dzięki pierwszoosobowym narratorom możemy poczuć więź z bohaterem. Zrozumieć szaleństwo, które znaleźli na progu swych kolonialnych domostw. Świeżo po przeczytaniu zbioru opowiadań wielkiego mistrza grozy pod tytułem: "Przyszła na Sarnath zagłada", który stanowi kontynuację woluminu: "Zgroza w Dunwitch"  jestem pod ogromnym wrażeniem kunsztu samotnika z Providence. Czytywałem wcześniej pojedyncze krótkie formy pisarza, jednak dopiero większe stężenie twórczości Lovecrafta nie pozostawiło mnie obojętnym na kosmiczną grozę. Tłumacz, niejaki Maciej Płaza, oprócz świetnego wyboru utworów oraz niezrównanego przekładu, uraczył czytelnika niesamowitą anegdotą.
    Po ukończeniu pracy nad pierwszym tomem, postanowił zająć się innymi projektami, nie planował dalszego obcowania z prozą Lovecrafta. Do czasu pewnego niespodziewanego zdarzenia. W jednym z opowiadań zatytułowanym "Rycina w starym domu" pojawia się istniejąca w rzeczywistości książka podróżnicza Regnum Congo  zawierająca niepokojące ilustracje. Rysownik nigdy nie widział opisywanych krain, ani egzotycznych ludów zamieszkujących Kongo, dlatego nadał im fantastyczną formę rodem z własnej wyobraźni. Jedna rycina wyróżniała się w sposób szczególny. Przedstawiała rzeźnika z plemienia kanibali, który przygotowywał posiłek z ludzkiego mięsa. Gdy Maciej Płaza zakończył przekład opowiadania "Rycina w starym domu", udał się na wystawę starych książek podróżniczych i geograficznych. W tym momencie pozwolę sobie oddać głos bohaterowi tej opowieści:

Dotarłszy do końca sali, ujrzałem w jednej z gablot pożółkły sążnisty tom podobny do wielu innych ksiąg i atlasów na wystawie, opatrzony karteczką z tytułem... Regnum Congo. Choć dzień był piękny, zrobiło mi się zimno; poczułem się tak, jakbym zobaczył Necronomicon.

    Mnie zrobiło się nieswojo po przeczytaniu relacji z tego zdarzenia. Zachęcam wszystkich odważnych lub po prostu lubiących się bać czytelników do sięgnięcia po utwory Howarda Phillipsa Lovecrafta. Warto. 
   

niedziela, 16 października 2016

Recydywa

Nieudolny złodziej



    Jestem przykładnym obywatelem, który nie angażuje się w życie społeczne, zamyka oczy na aktywistów, unika ulicznych relacji nie przejawia inicjatywy względem kogokolwiek poza sobą samym. Cholera, właśnie napisałem negatywną definicję "przykładnego obywatela". Aby słowny Frankenstein umarł natychmiast szybko wyjaśniam: Nie sprawiam kłopotów. Płacę za bilet, nie śmiecę, nie kradnę, nie wszczynam awantur, nie cwaniakuję - staram się utrzymywać niski profil. Dlatego odczuwam głęboką niesprawiedliwość, brutalnie rozdzierającą mój spokój, gdy otrzymuję wezwanie na komendę.
    Tak, moi mili, w sprawie włamania na konta mailowe i pewnego portalu aukcyjnego. Od razu się rozmarzyłem, jak to żyję nerdowskim mokrym snem, realizuję zlecenia wykradając wraże dane z najlepiej zabezpieczonych serwerów. Wklepuję linijki kodu z zawrotną prędkością nawet nie spoglądając w kierunku klawiatury. Potem zastygam na moment i... enter. 

- I'm in. What do you need?   

    Zostałem hakerem! A raczej za takowego może uznać mnie policja. Prawdopodobnie ktoś podłączył się do naszej sieci wifi, która została założona przez babcię towarzyszącej mi kobiety. Owa seniorka nigdy nie miała komputera. Pakiet telewizja, internet, telefon był po prostu tańszy. Router jednak, cały czas włączony, spiskował za naszymi plecami z elektronicznym włamywaczem. Owa sieć wyposażona była na etapie czynu przestępczego w standardowe hasło zapisane na spodzie routera, które jak przypuszczam, łatwo uzyskać w internecie. Tak zakładam, gdyż nie przypominam sobie abym kiedykolwiek włamał się do jakiegokolwiek serwisu. No chyba, że jako lunatyk jestem światowej sławy hakerem i cyberprzestępcy składają mi hołd. Piękna wizja - ktoś na miejscu sprawdza czy już śpię i wtedy przychodzą/piszą petenci. Specjalny lekarz podaje mi środki nasenne, bym zrealizował ważne zlecenie dla rządu. Tylko gdzie zarobione miliony? Najgorsze jest to, że ja zdaję sobie sprawę ze swej niewinności, dziewczyna również, rodzina, znajomi wiedzą, że jestem zbyt niekompetentny. Ale policja to co innego. Nie znają mnie, nie wiedzą, że schwytali króla nieudaczników i gotowi są zakładać, że, niczym Kaiser Soze tylko udaję głupka. Cytując towarzyszkę życia:  

- Najtrudniej udowodnić, że nie jesteś Łosiem.

    Właściwie to chyba powiedziała Jeleniem, jednak bardziej odpowiada mi drugie zwierzę. Widzicie moi mili, tak oto moja nienaganna reputacja i jednoczesny brak pozytywnych przejawów działań społecznych zaprowadziła mnie, jako anonimowego łosia, na pastwę złowrogiej policji. 

- Strzeżcie się i dbajcie o zabezpieczenia sieci! - wykrzyczał tuż przed zamknięciem krat. 

    Na koniec dygresja: Komisariat przypomina ten z 13 posterunku, a w zapyziałym holu wisi tabliczka sugerująca, iż lobby wyremontowano ze środków publicznych. Chyba sto lat temu. Na dyżurnego też trzeba sobie trochę poczekać. Uaaa... senny się zrobiłem, uważajcie na swoje konta!
  

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Małe i duże

Podróże...



    Spakowani. Torba główna dopchnięta kolanem, suwak przeżywa ciężkie chwile. Kilka toreb pomocniczych, pokrowiec na laptopa, gustowny worek rodem z Lidl, czy innej Biedronki. Wychodzimy specjalnie nieco wcześniej, aby spokojnie zdążyć na PKS. Docieramy do ulicy, do przystanku pozostało sto metrów. Nagle nadjeżdża autobus numer 650, nerwowo wołam:
- Machaj, może się zatrzyma, tu wszędzie pole!
Machała. Autobus odjechał. Spoglądamy na zegarek: Piętnaście minut przed czasem. 

PIĘTNAŚCIE.
KWADRANS.
ZA WCZEŚNIE!

Miejsce akcji to polna droga w Jastrzębiej Górze. Kolejny autobus już za godzinę! Żuję przekleństwo, rozrywam przednimi zębami, przełykam wulgaryzm, rozpoczynając trawienie inwektywy wespół z sytuacją. Nagle przybywa wybawiciel. Prywatny przewoźnik w dużym busie. Niechętnie, nie wiedząc czy nie skasuje podwójnie, wsiadamy. Bagaże z tyłu, torby pomocnicze na kolanach i miejscach obok. Jedziemy. W drodze okazuje się, że przed nami korek aż do Gdyni, naszego miejsca docelowego. Na szczęście kierowca uspokaja, iż zna odpowiednie skróty, które pozwolą zachować płynność podróży. Zaciskamy kciuki, powierzając czas i pieniądze przewoźnikowi, który wcale nie kosztuje wiele więcej niż poczciwy PKS. Dokładamy jedynie symboliczną złotówkę. Po drodze kierowca odrzuca kilku pasażerów, informując o niekonwencjonalnej trasie. Swym szóstym zmysłem modyfikuje plan podróży, pomijając niektóre pożądane przystanki. We Władysławowie postój - podsłuchałem rozmowę telefoniczną, z której wynikało, że czekamy na kogoś. Pasażera? Nie wiadomo. Stoimy. Przyjeżdża drugi BUS. Zamieniają się kierowcy oraz pasażerowie. Część rezygnuje, inni domagają się zwrotu pieniędzy, a jeszcze inni wydania należnej reszty. Chaos. W końcu kierowca pyta:
- Kto jeszcze nie płacił?
O dziwo, część osób się zgłasza i dzielą się swym majątkiem. 
Ruszamy. Nowy kierowca okazał się pozytywnym, zakręconym świrem. Najpierw sprawdził jak kiepsko jedzie się w korku, po czym zawrócił i skręcił w miejsce, w którym tak naprawdę nie było drogi, jedynie klepisko, po którym jechali traktor, rowerzysta i przebiegał samotny, wyleniały pies. Wertepy, obawiamy się, czy podwozie wytrzyma, kilka razy BUS niebezpiecznie się przechylił... Gdy po lewej stronie dostrzeżono zakorkowaną ulicę, rozległy się gromkie brawa i okrzyki:
- Brawo kierowca!
Pasażerowie zdradzili, że PKS - em w tych warunkach ich znajomi jechali ponad pięć godzin, nasza podróż aż do Gdyni zajęła raptem dwie godziny. A po drodze działo się sporo. Konsultowano przystanki, nadkładano drogi dla pojedynczych pasażerów, zakładano się o flaszkę z kierowcą, nie wydawano reszty - kierowca nie dysponował monetami... Gdy kobieta, której przewoźnik nie wydał 4 złotych wysiadała, zaistniał taki oto dialog:
- Ma Pan te cztery złote?
- Chwileczkę, może zbiorę.
- Nie to już proszę się nie kłopotać, jutro odbiorę.
- Ale ja dzisiaj idę pić, jutro nie pracuję...
- Nie szkodzi, jutro jakoś odbiorę.
- Proszę Pani, inny dzień, inny kierowca, kiedy Pani będzie jechała?
- Ja zawsze z Panem jeżdżę! 
I wysiadła. 
Trochę dalej wsiadł pijany, obrzydliwy grubas z Kaszub, który śpiewał i bełkotał o swoim pochodzeniu. Męczył biednego chłopca, który niechętnie usiadł obok. Nagle obrzydliwy grubas wstał i przebił się do drzwi przy kierowcy, mamrocząc:
- Muszę na chwilę wysiąść, muszę wyjść.
Kierowca otworzył drzwi, poczekał, aż pijaczek zniknie za budynkiem i... odjechał.
Pasażerowie odetchnęli z ulgą. Piękna podróż w domu wariatów na kółkach, ale w gruncie rzeczy pozytywne doświadczenie. Koniec końców dojechaliśmy w jednym kawałku i z niewielkim opóźnieniem. Pozdrowienia dla kierowcy!
   

wtorek, 16 sierpnia 2016

Olimpiada

Najgorsze miejsce!



    Jak to jest, że człowiek w ogóle nie interesuje się lekkoatletyką, pływaniem, kolarstwem, strzelectwem, jeździectwem, rzutami, a gdy pojawia się co czteroletnia impreza sportowa głupieje śledząc codzienne wyczyny naszych sportowców? Co kilka lat odkrywam nową dyscyplinę, albo przypominam sobie starą, w której kiedyś Polak zdobył dowolny medal. Jestem spragniony każdego sukcesu. Najmniej obchodzi mnie sam zdobywca, cała radość polega na sukcesie Polski, jako takiej, co jest o tyle głupie, że większość medali nasi zdobywają nie na skutek rewelacyjnej organizacji, a raczej prywatnie, wbrew klubowej organizacji i na przekór słabych warunków treningu. Jednocześnie media pompują balonik ponad miarę, sugerując szanse medalowe tam, gdzie życiowe wyniki reprezentantów plasują ich poza ścisłym finałem danej konkurencji. Trzeźwo oceniam sytuację i prycham na podobne praktyki?
    Otóż nie! Ulegam, jak wierny na kazaniu zapewnieniom o sukcesie, zaklinam rzeczywistość i jestem rozczarowany brakiem medalu. Przeklinam w duchu nieszczęsnego reprezentanta. Oglądam dowolny finał z udziałem Polaków nie mając żadnej wiedzy na temat poziomu rywali, czy dyscyplinie XYZ jako takiej. Chłonę rywalizację i na koniec nasz/nasi sportowcy zajmują... - czwarte miejsce! Denerwuję się, przeklinam, złorzeczę, a potem przychodzi refleksja i daje mi w pysk. Padam na podłogę z wrażenia. Czwarte miejsce. Na świecie. Na Olimpiadzie. To świetny start. Jasne, następna pozycja gwarantuje medal, ale nie powinniśmy od razu besztać sportowców za to, że są na tak wysokim miejscu. Emocje wypaczają odbiór sportowego widowiska, a na olimpiadzie to uczucie jest najsilniejsze i tak już musi być. Pamiętajmy tylko, że to swoista gra, religia i nie należy specjalnie winić sportowców za niezrealizowane, wydumane oczekiwania. Na deser pozostają nieodmiennie irytujący i wspaniali siatkarze oraz piłkarze ręczni. Nigdy nie wiadomo, czy zmiażdżą rywala z najwyższej półki. czy też męczyć się będą do ostatniego gwizdka z pieśnią na ustach mknąć w ułańskiej szarży po zwycięstwo. Zabawne, że za każdym razem narzekam na podobne widowiska, pełne nerwów i momentami słabej gry, a i tak z pianą na pysku wracam po więcej. Może nie o wygraną kibicowi chodzi, tylko o przeżycie podobnego horroru? Gdybyśmy wygrywali gładko, czy polscy fani byliby równie liczni i podziwiani za granicą? Nie pozostaje nic innego, jak sprawdzić gdzie tym razem czeka nas medal. Oby tylko nie zajęli czwartego miejsca... Patałachy!