czwartek, 15 czerwca 2017

Kulą w płot

A może by tak...



   Początek czerwca upłynął pod znakiem wakacyjnej pogody, umożliwił opuszczenie domostwa jedynie w koszulce z krótkim rękawem oraz odkrytych butach. Co odważniejsi, lub po prostu bezkrytyczni, rozpoczęli sezon prezentacji kończyn dolnych za sprawą zamiany długich spodni na krótkie. Wątpliwa przyjemność obserwacji męskich łydek została częściowo zrekompensowana przez równie swobodnie ubrane kobiety. W imieniu mężczyzn, dziękujemy!
Jakkolwiek wszyscy chcielibyśmy grzać się w słońcu, wyjechać za miasto, rozpalić grilla, wypić orzeźwiający napój, poleżeć w hamaku, wielu korpoludków nadal musi pracować, aby kraina Mordor, gdzie jak wiemy dzięki Tolkienowi „zaległy cienie” trwała w dobrobycie, wykuwanym katorżniczo rękami maluczkich nieszczęśników, których urlop albo upłynął, albo dopiero widnieje na horyzoncie zdarzeń. Do owej złowrogiej krainy musimy jakoś dotrzeć, najbardziej rezolutni z nas rowerem, niektórzy samochodami, a jeszcze inni komunikacją miejską. Dla tych ostatnich Zarząd Transportu Miejskiego przygotował niespodziankę.
   Dzień dziecka. Święto berbeci, zatroskanych matek, przykładnych ojców. Pierwszy czerwca to osobiste, intymne i rodzinne przeżycie, a raczej takim być powinno. Czasem jednak władze miasta, bądź instytucja pokroju ZTM postanowi wyjść z inicjatywą i w określony sposób uczcić Dzień dziecka w przestrzeni publicznej. Nie mam nic przeciwko wszelkiego rodzaju festynom, imprezom, happeningom, czy koncertom ponieważ są to wydarzenia opcjonalne i by wziąć w nich udział trzeba udać się na miejsce, w którym zorganizowano daną aktywność. Problem pojawia się, gdy jesteśmy skazani na uczestnictwo. Wtedy nawet najbardziej szlachetne, pomysłowe inicjatywy mogą co najwyżej zirytować zamiast przypominać o sympatycznym dniu.
Jadę do pracy, jak zwykle z nosem w książce. Tramwaj zatłoczony, jedną ręką obejmuje pręt, żeby nie upaść na skutek zwyczajowych turbulencji. Staram się wyciszyć, zignorować podniesione głosy pasażerów krzyczących do telefonów:


- No ja mu mówię…


- A on jej na to…


- Tak, tak kupiłem marchewki. Ty weź pieczywo i mięso!


- Ale ten mój szef wpadł dziś na wyjątkowo żałosny pomysł!


   Gdy już prawie dostroiłem się do hałasu, przetwarzając irytujące dźwięki w kojący szum, wsiadł uliczny grajek z akordeonem. Raz za razem czytam to samo zdanie nie mogąc się skoncentrować, byle do następnego przystanku, powtarzam sobie, na pewno wysiądzie. Przetrwałem muzyczną kakofonię wątpliwej jakości, przerzuciłem stronę, wyluzowałem się nieco, pozwalając sobie nawet na drobny uśmiech i wtedy to się stało. Zwyczajowe, wygłaszane wyćwiczonym, zawodowym głosem nagranie prezentujące nazwę zbliżającego się przystanku ktoś zastąpił niewyraźnym kilka razy głośniejszym bełkotem. W pierwszej kolejności nie zrozumiałem co właściwie usłyszałem. Uniosłem wzrok znad książki, gdzie moje niewyspane oczy napotkały równie zdumione oblicza pasażerów. Gdy tramwaj dotarł do przystanku wszystko stało się jasne. Rozległo się zbyt głośne, nie pasujące do profesjonalnego, męskiego wstępu:


- Następny przystanek…


Nagranie wwiercające się w zaspany mózg:


- Kino Femina!


   Nazwa przystanku wygłoszona cienkim dziecięcym głosikiem. Główny problem z tym słuchowiskiem jest taki, że z jakiegoś powodu ustawiono potencjometr na barbarzyńsko wysokim poziomie. Do tego słychać wyraźnie, że dzieci nie zastąpią profesjonalnego lektora. Mało nie dostałem zawału. Jedziemy dalej, kolejny przystanek przynosi następny atak na bębenki:


- Metro Ratusz Arsenał!


   Tym razem odczytane przez inne dziecko. Chaotyczne i źle nagrane informacje, które wzbudziły moją irytację i uniemożliwiły codzienne, podróżne wyciszenie. Dopiero po opuszczeniu torowego środka transportu zrozumiałem, że swoją drogę pokonałem nie w zwykły czwartek, a pierwszego czerwca, czyli w Międzynarodowy Dzień dziecka. Wtedy na moim obliczu zagościł uśmiech, irytacja szybko zniknęła, a ja pomyślałem, że podobna akcja nie jest aż tak złym pomysłem, jedynie warstwa techniczna nie dorosła do interesującej inicjatywy. Gdyby nagranie odtworzyć zdecydowanie ciszej, poświęcić trochę więcej czasu młodym lektorom, myślę, że pomysł zostałby ciepło przyjęty. Uspokojony dotarłem w końcu do bram Mordoru i zająłem swoje stanowisko w kuźni Targetów.
Problem w tym, że, jak to często w naszym kraju bywa, w kolejnych dniach zaatakowała bylejakość, która znów podniosła mój poziom irytacji. Ponownie przyszło mi wstać rano i wyruszyć w podróż do krainy Mordor w piękny, słoneczny, piątkowy dzień. Ta sama trasa, książka, nastrój, próba wyciszenia. I kolejny niespodziewany hałas:


- Okopowa!


- Kino Femina!


- Metro Ratusz Arsenał!


   Do kroćset! Przecież Dzień dziecka był wczoraj! Pozwólcie człowiekowi zapomnieć, naładować baterie przed ciężkim dniem. Przełknąłem przekleństwo, przetrwałem, dotarłem do pracy.
Po piątku przyszła pracująca sobota, czyli święto smutku i rozczarowania. Los zdecydował, że tym razem jechałem tramwajem oznaczonym innym numerem, pomyślałem sobie, że z dwóch powodów jestem bezpieczny:


- Inna linia tramwajowa.


- Dwa dni po święcie dzieciaków.


Jadę, książka otwarta. Docieram do newralgicznych przystanków, zamieram w napięciu i…


Kolejny atak na bębenki:


- Okopowa!


- Kino Femina!


- Metro Ratusz Arsenał!

   Niedowierzanie wespół z irytacją wypełniły mój biedny umysł. Tyle dobrego, że po tym wszystkim dzień w pracy okazał się niemal wypoczynkiem. Popieram szeroko pojętą inicjatywę, aktywność kampanie społeczne, lecz jednocześnie apeluję do pomysłodawców – pamiętajcie o innych. Nie każdy jest entuzjastą obowiązkowego hałasu. W przyszłoroczny Dzień dziecka chyba wyruszę rowerem, albo zaplanuję urlop, by moim jedynym zmartwieniem było – który bok mam mocniej opalony, albo czy lepiej popływać, czy poleżeć jeszcze kwadrans na plaży. Trzymajcie się ciepło!

czwartek, 19 stycznia 2017

Przebudzenie

Pierwsze oznaki...



  Na początku nie przejmujemy się zdrowiem. Nie pozwalamy myślom krążyć wokół złamań, więzadeł, kalectwa, czy zniedołężnienia. Biegamy, skaczemy, gramy w piłkę, bez opamiętania, napędzani radością i świeżością naszych młodocianych organizmów. Czasem zdarzy się wypadek, ten czy inny chłopak dozna poważnej kontuzji, lecz zwykle kończy się na stłuczeniu, czy kilku siniakach. Nie dopuszczamy do siebie myśli, że coś podobnego mogłoby nas spotkać. Potem nadchodzi szlachetna trzydziestka i zaczynają się schody. Dawne:
- E tam, chrzanić rozgrzewkę od razu gramy!
Zamienia się w śmiertelne niebezpieczeństwo. Wokół ciebie pojawia się cierpienie. Jeden ma wodę w kolanie, drugi zerwał więzadła, trzeci jest za gruby, czwarty właśnie złamał nogę po raz trzeci. Wstajesz rano, boli cię kark. Idziesz do łazienki, schylasz się, łupie w krzyżu. Wstajesz z krzesła przy biurku, odzywa się ból w stopie. Ćmi w pachwinie, a jeden z kolegów odwołuje spotkanie bo naderwał jakieś ścięgno wstając z kanapy. Po piwo. W sercach trzydziestolatków rodzi się strach. Kiedyś zebranie dwudziestu chłopaków do gry nie stanowiło problemu. Kłótnie po ilu gramy, kto siedzi na rezerwie były na porządku dziennym. Dziś jak przyjdzie czterech to mamy święto. Na kolanach, łokciach, kostkach i nadgarstkach opaski usztywniające, co piętnaście minut ktoś przerywa grę z grymasem bólu na twarzy, odchodzi w kąt, masuje co trzeba, rozciąga i wraca do gry modląc się o przetrwanie. 
  Z rozwalonym kolanem pogodziłem się już dawno, nawet za bardzo bo zaniechałem sensownego leczenia, jednak ból w krzyżu, który zaatakował podczas biegania zakłócił mój dobrostan. Do tego stopnia, że antagonizowałem nowy materac, zamiast przyznać, że doznałem urazu podczas prostego wysiłku fizycznego. Pobolało dwa dni, pozbierałem się i zapomniałem. Radośnie wznowiłem aktywność z odważnym i bardzo głupim: "E tam, chrzanić rozgrzewkę od razu gramy!" na ustach. W czwartek, tydzień temu wybrałem się na siatkówkę. Zebraliśmy całkiem pokaźną ekipę, więc rozgrywce towarzyszyła atmosfera radości i beztroski. Atakowałem, skakałem, odbierałem, wystawiałem, serwowałem, szczęśliwy, że otulone opaską uciskową kolano daje radę, w pewnym momencie postanowiłem zablokować atak po prostej przeciwnika. Podskakuję, ręce w górze, w pełni wyprostowany i  nagle ostry ból w krzyżu uniemożliwia mi dalszą grę. Poczułem się jak starzec, dwa razy ten sam uraz w ciągu dwóch tygodni. Wróciłem do domu, ponarzekałem, poszedłem spać i...
  Rano się zaczęło. Nie mogłem wstać, wyprostować się, usiąść, mogłem jedynie leżeć na boku w jednej określonej pozycji. Do łazienki chodziłem na czworaka, zwijając się z bólu. Dziś czuję jedynie drobną niedogodność, zwykłe pieczenie, ale wciąż pamiętam tamto cierpienie. Mam tylko nadzieję, że uda mi się odsunąć w czasie moment, w którym lekarz stwierdzi:
- Proszę Pana, teraz już tak będzie. W Pana wieku...
Wiem, że przesadzam, ale chciałbym aby ta krótka opowiastka przyczyniła się do wyeliminowania z życia społecznego zabójczej i śmiertelnie niebezpiecznej frazy:  
- E tam, chrzanić rozgrzewkę od razu gramy!
Następnemu, który to powie dam w gębę. Chyba, że akurat będę zwijał się z bólu w drodze do łazienki.